„Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię” (Mt 11, 28)[słowo na niedzielę]

(…) Jest rzeczą znamienną, że gdy ktoś, jak relacjonują to Ewangelie, zwracał się z prośbą do Jezusa, to On najpierw upewniał się co do jego ufności i mówił: Czy wierzysz, że mogę to uczynić? Cóż to oznaczało? Oznaczało to, że w przypadku nieufności Jezus nie spełniłby tej prośby – nie dlatego, że nie mógł tego uczynić, jest przecież Bogiem, ale dlatego właśnie, że proszący człowiek nie ufał Mu, wątpił w Jego dobroć i miłość. Zwątpienie, brak ufności, jest tym magicznym przeklętym kołem, którym otacza się człowiek wątpiący. I to jest ta w jakimś sensie bariera, której nie przekroczy miłosierdzie Boże, bo Bóg jak nikt inny szanuje swoje stworzenie, które powołał do istnienia, obdarzył wolnością i czeka na jego wolną odpowiedź, która staje się potrzebą jego serca, wyborem dokonanym z miłości.

Siostra Faustyna szereg razy w swoim Dzienniczku podkreśla, co usłyszała od Jezusa: nieufność to grzech, który najboleśniej rani i obraża serce Boże. Dziwię się, jak można nie ufać Temu, który wszystko może. Kiedy dusza moja jest udręczona, myślę tylko tak: Jezus jest dobry i pełen miłosierdzia, a choćby się ziemia usunęła spod moich stóp, nie przestanę Mu ufać”.

Współczesny człowiek jest dziwny: potrafi zaufać wszystkim i wszystkiemu, tylko nie Bogu! Człowiek dzisiaj ufa wróżkom, jasnowidzom, ufa magikom i znachorom, ufa różnym idolom i guru, ufa znakom i przepowiedniom, ufa samemu sobie, swym ograniczonym zdolnościom i możliwościom, zawierza swój los zdobytej fortunie, osiągniętemu stanowisku, zawartym znajomościom, powierza się nawet martwej materii: samochód telewizor, komputer, internet. Trudności pojawiają się wówczas, gdy ma się zawierzyć samemu Bogu – Zbawcy i Odkupicielowi człowieka – choć się wie, że On wszystko może, i nas nieskończenie kocha.

Pomyślmy, Siostry i Bracia, jakże musi to boleć Jezusa: ta nasza nieufność, ten nasz dystans, to nasze wątpienie. Jakże musi to boleć Jezusa, który dał nam – jak nikt – największe dowody miłości, który poszedł za nas na krzyż, który przelał za nas krew do ostatniej kropli, który „do końca nas umiłował”, który pozostał wśród nas aż do końca świata!

Ileż to razy w Ewangelii i w prywatnych objawieniach skarżył się Jezus na oziębłość ludzkich serc i nieczułość na objawy Bożej miłości! Siostra Faustyna zapisała słowa Jezusa: „Ach, jak Mnie to boli, że dusze tak mało się łączą ze Mną w Komunii świętej! Czekam na dusze, a one są dla Mnie obojętne. Kocham je tak czule i szczerze, a one Mi nie dowierzają. Chcę je obsypać łaskami – one przyjąć ich nie chcą. Obchodzą się ze Mną jak z czymś martwym, a przecież mam serce pełne miłości i miłosierdzia. Abyś poznała choć trochę mój ból, wyobraź sobie najczulszą matkę, która bardzo kocha swe dzieci, jednak te dzieci gardzą miłością matki. Rozważ jej ból. Nikt jej nie pocieszy. To słaby obraz i podobieństwo mojej miłości. O, jak wielka jest obojętność dusz za tyle dobroci, za tyle dowodów miłości. Na wszystko mają czas, tylko nie mają czasu na to, aby przyjść do Mnie po łaski”.

Jezus, Umiłowani, pragnie dawać się ludziom, a tylu nie chce Go przyjąć. Jezus pragnie leczyć ciała i dusze, a my wolimy pójść do szarlatanów, wróżbitów, czarnoksiężników i leczyć się swoimi metodami. Jezus chce do nas przemawiać, a my wolimy radia i telewizory, gazety, periodyki – wszystko inne, byle poza Kościołem o Nim nic nie mówiono. I ja, który stąd wychodzę; ja, który patrzyłem w ten Obraz; ja, który tu się spowiadałem; ja, który tu się biłem w piersi: wyjdę z kaplicy – nie ma Jezusa… Jakby mnie nie interesował. Mogą pluć na Niego, krzyczeć, wrzeszczeć, mogą Go wyrzucać…

Jezus chce nas przygarnąć do własnego serca, a my podniecamy się walentynkami, horoskopami, gubimy się poddani namiętnościom. Dlaczego tak trudno zdobyć się nam na akt zaufania Bogu? Dlaczego nasze serca są „zimne jak lód” na miłość Boga, na Jego przebaczenie? Niech każdy z nas stara się na to pytanie odpowiedzieć za siebie. Pewnie dlatego, że utonęliśmy w sprawach tej ziemi; bośmy się wszyscy zapatrzyli w blichtr tego przemijającego świata; bo „jedz, pij i używaj sobie” to program naszego życia; bo dorabiamy się w niedziele i święta, gwiżdżąc na przykazanie „pamiętaj, abyś dzień święty święcił”; bo nie wkładamy prawie żadnego trudu, by pogłębić swoją wiarę, czytając książki i czasopisma katolickie, na przykład „Niedzielę”, Pismo Święte, słuchając katolickich audycji w radiu czy też śledząc katolickie programy w telewizji, np. TRWAM; bo nie żyjemy na co dzień z Bogiem i w Bogu. My Go ewentualnie potrzebujemy „na wszelki wypadek”, ale w toku naszej codzienności jest schowany przez nas, odległy nam, poza horyzontem. Bo zapomnieliśmy o leczniczym działaniu sakramentów świętych, w tym regularnej spowiedzi i częstej Komunii św. Wmawiamy sobie i usprawiedliwiamy się, że nie mamy czasu dla własnej duszy i własnego zbawienia. Unikamy chwil ciszy i kontemplacji, w których głos Boży jest słyszalny. A „dziś, gdy głos Boży usłyszycie, nie zatwardzajcie serc waszych” – uczy Bóg. Zrozum, że to sam Bóg chce wyjąć z nas kamienne serca, a włożyć serca żywe i gorejące. Bo naprawdę nikt nie pragnie dla nas szczęścia, jak tylko On, i nikt nie zna nas lepiej, jak On, i nikt nie cierpiał za nas tyle, co On. „Jezu, ufam Tobie!”. (…)

Fragment homilii bp. Romana Marcinkowskiego wygłoszonej podczas uroczystości 75. rocznicy objawień Jezusa Miłosiernego w sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Płocku 22 lutego 2006 r.

Podziel się artykułem na: Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Email this to someone

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Top