O kulisach powstawania edukacji seksualnej wymyślonej przez środowisko pedofilów, o władzy ślepej na deprawację, promowaniu w szkołach homoseksualizmu i skutkach wprowadzania „nowoczesności” do Polski, czyli według czyich standardów będziemy musieli żyć, mówi Magdalena Trojanowska, współinicjatorka akcji „Stop seksualizacji naszych dzieci.
Dużo ostatnio mówi się o rozszerzeniu w polskich szkołach podstawy programowej o obowiązkową edukację seksualną. Dotyczący tej sprawy projekt ustawy ma podobno już we wrześniu trafić do Sejmu. Dotąd odbywały się dobrowolne lekcje WDŻR i była to edukacja „typu A”. Czym różni się obecna edukacja od tej obecnie proponowanej – permisywnej, czyli „typu B”?
Edukacja seksualna typu A i typu B to pojęcia, jakimi określane są w Stanach Zjednoczonych przez Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne (APA) dwa typy prowadzonej w szkołach edukacji seksualnej. Typ A – Abstinence-only sex education – to edukacja, której zadaniem jest wychowanie ku miłości i odpowiedzialności małżeńskiej. Według niej zalecane jest zachowanie wstrzemięźliwości seksualnej aż do zawarcia małżeństwa. Edukacja ta oczywiście zawiera elementy biologii i wyjaśnia naturalne prawa sterujące płodnością, jednak kwestie antykoncepcji są w niej traktowane uzupełniająco. Taką edukację wprowadzono do polskich szkół w 1998 roku, wtedy, gdy Sejm przegłosował nową ustawę zakazującą aborcji. Jej wprowadzenie natychmiast skutkowało poprawą statystyk w kwestii współżycia podejmowanego przez nieletnich do 15. roku życia – odnotowano spadek z 30 do 21 procent. Oczywiście to przyczyniło się również do spadku ilości nastolatek, które zachodziły w ciążę. Był to proces całkowicie odwrotny niż w przypadku edukacji typu B, którą wprowadzono na przykład w Wielkiej Brytanii, gdzie wskaźnik natychmiast wzrósł o 34 procent. Edukacja typu B progresywna, Comprehensive sex education, którą proponuje nam w swoich standardach Światowa Organizacja Zdrowia (WHO – agenda ONZ), opiera się o zestaw praw seksualnych zaakceptowanych przez WHO w 2002 roku, czyli o nowoczesne założenie, że przyjemność seksualna jest elementem zdrowia fizycznego, psychicznego, a nawet duchowego. Jest źródłem szczęścia i dobrostanu, więc człowiek powinien cieszyć się nią bez ograniczeń od urodzenia aż do śmierci. Dlatego pierwszą określoną grupą wiekową dla edukacji, według tzw. europejskich Standardów WHO, są dzieci w wieku lat 0-4.
Oba typy edukacji prezentują całkowicie inne podejście do kwestii seksualności. Typ A promuje wstrzemięźliwość i wychowuje do odpowiedzialności, zaś Typ B jest swoistą instrukcją do uprawiania seksu.
W pierwszym przypadku seksualność pojedynczej osoby traktowana jest jako kapitał dwojga kochających się ludzi w domyśle zakładających rodzinę i przygotowywanych do odpowiedzialności za drugą osobę i dzieci. W drugim przypadku roszczeniową uwagę dzieci i młodzieży koncentruje się na ich wyindywidualizowanym ego. To centralne JA i tworzenie własnych wrażeń i ekspresji seksualnych. Nie ma mowy o odpowiedzialności. W standardach WHO zostaje ona zawężona wyłącznie do umowy i zgody na przedmiotowe użycie w seksualnym związku. W całej tej edukacji drugi człowiek jest co najwyżej przydatną w egoerotyce pomocą seksualną. Małżeństwo i rodzina to tylko jedna z marginalnych opcji seksualnego dobrostanu, za to promowane są różnorodne niestandardowe związki. Odpowiedzialność za niechciane ciąże przejmuje państwo stwarzając dostęp do aborcji. Jest oczywiste, że nie można oddawać się przyjemnościom seksualnym bez uniknięcia konsekwencji, jakimi są choroby typu STD (przenoszone drogą płciową) i w oderwaniu od prokreacji. Prawa seksualne WHO zawierają więc roszczenie wolnego dostępu kobiet do aborcji i antykoncepcji, a wraz z tymi praw do powszechnej edukacji seksualnej. Edukacja typu B musi przede wszystkim dostarczać wiedzy w tych dziedzinach, które ograniczą skutki wyzwolonych popędów.
Przyjęcie jakichkolwiek regulacji prawnych dopuszczających edukację seksualną typu B w Polsce jest przeciwne naszej Konstytucji i jest promowaniem przestępstwa. To wychowanie do stylu życia, którego nieodłącznym elementem jest przemysł antykoncepcyjny i aborcyjny. Edukacja typu B, która ok. 20 lat temu wyparła typ A, stała się powszechna w Ameryce. Jednak gdy w 2008 roku Amerykanami wstrząsnęły informacje o tym, że co czwarta nastolatka posiada chorobę przenoszoną drogą płciową, entuzjazm dla tego typu edukacji osłabł. Dzisiaj niektóre stany powróciły do edukacji typu A, a poparcie dla niej wśród rodziców wzrosło w Ameryce z 40% do 66% (Raport National Education Association). Rodzice uważają, że prezentowanie dzieciom drastycznych seksualnych treści pobudza je i jest przyczyną wczesnych inicjacji seksualnych.
Wspomniała Pani o standardach edukacji seksualnej przygotowanych przez WHO. To dość kontrowersyjna publikacja. Starczy przypomnieć, że dopuszcza naukę dla czterolatków o „masturbacji w kontekście radości i przyjemności z dotykania własnego ciała”, przekazywanie im wiedzy na temat „prawa do badania tożsamości płciowej” czy o różnych rodzajach związków i homoseksualizmie. Czy istnieje realna obawa, że Ministerstwo Edukacji zechce takie standardy zaproponować polskim przedszkolakom?
Tak. Ministerstwo będzie dążyło do wprowadzenia standardów WHO i coraz częściej jest to otwarcie formułowane, a wynika właśnie z tego, że obecny rząd z lekceważeniem dla wartości moralnych Polaków forsuje koncepcje światopoglądowe agend ONZ. Podejmuje również międzynarodowe zobowiązania do wdrażania tej edukacji. Sznurem na szyi będzie dla nas ratyfikacja Konwencji przemocowej, którą ja nazywam kolorową i totalitarną.
źródło: wpolityce.pl








