Cudowne uzdrowienie Janiny Lach. 35 lat temu, na Jasnej Górze, rzuciła kule i zaczęła chodzić.

Tego dnia Janina Lach nie zapomni do końca życia. Przed obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej na Jasnej Górze rzuciła kule i zaczęła chodzić. Dziś jej przypadek jest uznawany za jeden z największych jasnogórskich cudów.
Przed małym domkiem z ogródkiem stoi kapliczka Matki Boskiej. Janina Lach z dumą mówi, że wybudował ją jej syn, Adam.
– Jak był jeszcze zdrowy – dodaje. Janina Lach, niewysoka, szczupła kobieta po sześćdziesiątce, nie rozpamiętuje nieszczęść, które ją spotkały. A było ich niemało. W 2006 roku pobito jej syna Adama. Chłopak dostał udaru. Było z nim bardzo źle, nie wstawał z łóżka. Teraz chodzi, ale ma kłopoty z pamięcią. Kilka lat temu jej mąż dostał zawału, ma wszczepione by-passy.
– Nie mam wyjścia, muszę to ogarnąć – mówi pani Janina, z której twarzy nie znika uśmiech. – Może gdyby nie łaska, która spotkała mnie wiele lat temu, wyglądałoby to inaczej?
Przypadek Janiny Lach, mieszkanki Białej koło Zgierza, uchodzi za jeden z największych cudów, który miał miejsce w Częstochowie, przed obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej.
Wszystko zaczęło się w latach 70. Janina miała 19 lat, gdy zachorowała.
– Zaczęłam tracić przytomność, czułam, że moje nogi robią się bezwładne – wspomina. – Jeszcze dziś słyszę diagnozę lekarzy: pierwszy rzut stwardnienia rozsianego. Wtedy nie zdawałam sobie sprawy, jak straszna to choroba.
Żyła tak jak wiele dziewczyn w jej wieku. Wyszła za mąż za Waldka. Urodziła się Ewa, potem Adam. Mieszkali wtedy w Łodzi. Jednak choroba zaczynała dawać znać.
– Po kolejnym rzucie choroby nie wróciłam już do pracy w biurze łódzkiego MPK. Dostałam pierwszą grupę inwalidzką, zaczęłam chodzić o kulach – mówi pani Janina. W tym czasie odszedł od niej mąż. Ewa miała dwa lata i osiem miesięcy, a Adam rok.
– Zostałam z nimi sama, a z każdym miesiącem stan mojego zdrowia był coraz gorszy – opowiada pani Janina. – Posłuszeństwa odmawiały nie tylko nogi, ale i ręce. Coraz gorzej widziałam, przestały pracować jelita. Zdałam sobie sprawę, że ostrzeżenia lekarzy się sprawdzają. Mówili, że powinnam się cieszyć, że jeszcze chodzę, a nie powinno to trwać długo. Będę kilka lat leżeć w łóżku i czekać na śmierć. Lekarstwa na tę chorobę nie wynaleziono. Miałam świadomość, że gdy stwardnienie rozsiane zaatakuje rdzeń kręgowy, to ze mną koniec. Ale ja chciałam żyć, dla dzieci! To mnie trzymało przy życiu. Marzyłam, by zostać z nimi jak najdłużej. Oprócz babci, nie miałam rodziny. Wiedziałam, że po mojej śmierci Ewa i Adam trafią do domu dziecka.
Przyśniła mi się Matka Boska
Zima w styczniu 1979 roku była mroźna, ze śnieżnymi zaspami. W którąś z takich mroźnych styczniowych nocy Janina Lach miała sen. Przyśniła się jej Matka Boska. Stanęła przed nią i powiedziała: – Przyjedź do mnie, na Jasną Górę! – Janina Lach zapewnia, że wcześniej nie wierzyła w sny. Jednak wtedy coś wewnątrz podpowiadało jej, że trzeba jechać do Częstochowy.
– Miałam 28 lat, ale nigdy wcześniej nie byłam w Częstochowie – mówi. – Postanowiłam jechać, choć był to dla mnie wielki wysiłek. Zabrałam ze sobą Ewę, która miała wtedy niecałe siedem lat. Adama zostawiłam u babci.
Był 28 stycznia 1979 roku. Do Częstochowy pojechały pociągiem. Potem taksówkarz zawiózł je pod sam klasztor. Gdy weszła z córką do kaplicy, w której znajduje się cudowny obraz Matki Boskiej Jasnogórskiej, była odprawiana msza święta. Głównym celebransem był ojciec Jerzy Tomziński.

Czytaj więcej: http://www.dzienniklodzki.pl/artykul/3409201,cudowne-uzdrowienie-janiny-lach-35-lat-temu-na-jasnej-gorze-rzucila-kule-i-zaczela-chodzic,1,id,t,sa.html

Podziel się artykułem na: Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Email this to someone

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Top